I tu jest taka sprawa

Osoba która się pojawiła jest moją pierwsza miłością od ponad 10 lat. To długi czas, wystarczająco długi aby przywyknąć do tego że jest się sobie kapitanem i okrętem. Robię co lubię, i kiedy lubię. Jeśli coś "muszę" to oczywiście też robię... kiedy trzeba, ale się nie spinam. To inny styl życia od takiego w rodzinie, kiedy jest się zależnym od innych osób, i inne osoby zależą od nas. I to jest moim zdaniem słowo klucz - samotnie mieszkający singiel jest niezależny. A ja kochając swoją wolność uwielbiam wręcz również swoją niezależność.
Wracając do tematu, moja miłość mieszka w Warszawie. Tak, chodzi o największe miasto w Polsce. No tak się złożyło. I przyszedł czas żeby związek weekendowy przekształcił się w codzienny. Co to oznacza ? No właśnie.. to oznacza że muszę przeprowadzić się do Warszawy.
Moja druga połowa ma tam dobrą pracę w porządnej firmie - pomimo że bardzo lubię śląsk muszę szczerze przyznać że szanse na znalezienie podobnej pracy za podobne pieniądze na śląsku są właściwie żadne. Poza tym - co ważne, posiada tam własny lokal. Z drugiej strony ja również mam bardzo dobrą prace (może o tym napisze za jakiś czas) ale moja firma posiada też biuro w Warszawie, wiec moje przenosiny nie wymagają zmiany pracy. Po prostu będę pracował z innego biura. No i mieszkam w lokalu wynajmowanym. Jakby nie patrzeć jest 2:0 dla Warszawy, a że jestem realistą...
Co nie zmienia kwestii że Warszawy nie lubię. No nie mogę się przekonać. Męczy mnie. Razi ten bezrozumny tłum, niesamowity ścisk na ulicach i kierowcy jeżdżący jak wariaci. Spróbuj jak na śląsku zostawić sobie jakiś odstęp od poprzedzającego pojazdu. Zaraz wciśnie się dwóch "sebixów" i jeszcze Cię op..olą że jeździsz jak łajza.
Miasto gęsto zabudowane, często bez pomysłu, dodam że te nowoczesne osiedla deweloperskie to już wogóle dramat. Czy ktoś kto wychował się w blokach, wyobraża sobie sytuacje żeby mieć widok z okna na okno sąsiada w budynku obok, stojącym jakieś 6 metrów od naszego budynku ? Witamy w świecie współczesnej developerki ! Bo tak to właśnie wygląda. Na takim właśnie osiedlu moja druga połowa ma lokal, tam będę mieszkał. Parkowanie na takim osiedlu to też ubaw po pachy, zważając że grunt drogi i każdy niezabudowany metr do dla developera strata.. ale nad developerami popastwię się jeszcze trochę później.
Transport. To jest dopiero historia. Aktualnie na śląsku do pracy mam jakieś 17 km, wskakuje niemal przy domu na "średnicówkę" i po 16 minutach jestem przy pracy w Katowicach. W Warszawie do pracy mam 18 km... moje nowe biuro jest w Mordorze (to miejsce też zasługuje na osobny wpis). Wiesz jaki google pokazuje cza dojazdu samochodem ? od 45 do 80 minut. Przypomne ze nie mowimy o trasie Katowice-Opole, ale Warszawa-Warszawa Mordor. Wspaniale, nie ? No to może komunikacja miejska, sprawdźmy. Aha.. ale w Mordorze nie ma buspasów... w sumie na sporej części trasy nie ma. Efekt ? Autobusy stoją w korkach ze wszystkimi. Czas dojazdu w dr googla 80 minut. Pod warunkiem że wszystko przyjedzie o czasie, i do każdego środka transportu (bo jest kilka przesiadek) dasz rade się wcisnąć. I tu trzeba życzyć powodzenia, zwłaszcza w Mordorze w godzinach szczytu.
Wiec licząc na "lekko" dojazd do biura i z to spokojnie 2 godziny czasu, a bardziej 3. W skali tygodnia to 15 godzin.. A to niemalże cały jeden dzień spędzony w korkach. Więc jak będę dojeżdzał ? Przyznaję że nie wiem. Jakoś muszę to ogarnąć, postaram się dogadać z szefami na połowę tygodnia "pacy z domu", a pozostałe dni jakoś będę musiał się tam dostać. Pewnym pomysłem jest motocykl, zresztą już zamówiony. A w sezonie niemotocyklowym, albo w ulewy - nie wiem.
Warszawa to tez pewien stan umysłu. Mam wrażenie że w tym ekstremalnie materialnym świecie w jakim żyje stolica, gdzie życie opiera się w tak dużej części na karierze, zarabianiu, ogólnie "dorabianiu się", istnieje inni kodeks wartości. Wychodzi na to że cechy typu egozim (w wersji HARD), umięjetność parcia do celu po trupach, tzw podpierdalactwo itd - piętnowane gdzie indziej, tu są uważane za zalety. Tu się je docenia i pielęgnuje, jako te które pomagają osiągnąć upragniony "sukces" czymkolwiek on jest. I powstało miasto "króli wszechrzeczy" mających w d. wszystko i wszystkich wokoło. I spotykam się z tym w stolicy na codzień, przy każdej wizycie - na ulicy, chodniku, knajpie... a i inni spotykają się z tą warszawska mentalnością chociażby w wakacje. O "Warszawie na wakacjach" powstały już tony opowieści.Oczywiście w większość podkoloryzowanych, ale jakieś źródło mają.
I tam mam się przeprowadzić, tam żyć. Ja - uwielbiający przestrzeń, podróże, doznania, nie znoszący tłumu i takiej tępej głupoty. Mam się przenieść do największego miasta w Polsce, walczyć o miejsca parkingowe i pracować w Mordorze. Mam mieszkać w mieście które nie ma mi nic do zaoferowania, ktore mnie męczy i którego nie cierpię.
Ktoś może zapytać - nie chcesz to się nie przeprowadzaj. No ba... ale to oznaczałoby koniec związku. Nie da się w nieskończoność "być ze sobą na odległość", i tu się sprawy komplikują, co nie ?
Pytanie zasadnicze więc brzmi - czy to może się wogóle udać ?

Odpowiedź zacznę poznawać już wkrótce... przeprowadzam się za dwa dni. 

Komentarze